Andrzej Wudarski
Dzień prawdy - czyli jak walczyłem ze stadem "dzikich świń"
Poziom adrenaliny wzrastał wraz ze zbliżającym
się czwartkiem 18-ego listopada . Prognozy już od kilku dni były i na
szczęście zostały obiecujące . Nareszcie !!!
Rano testosteron budzi mnie o 5-ej .Na miejscu w Żninie jestem
po 8-ej , jest dobrze . Takluję 5.7 , wypływam , a w halsie powrotnym jezioro
wypluwa mnie na brzeg.
Robię korektę , czyli 4.7wybieram na maxa , ale mam problemy
,aby zbliżyć się do wody - taka łojka .
Jakoś tam udaje mi się ruszyć . Zapierdzielam po wodzie i już
mi nie wave w głowie , lecz staram się nie rozwalić o fale . W chwilach
zapomnienia robię skoki . Kilka razy wiatr w powietrzu porywa mi sprzęt -
nareszcie wiem że żyję .
Spoglądam na brzeg , chłopaki powoli zjeżdżają ale tylko
niektórzy próbują mi pomóc .
O 14-ej kończy mi się "paliwo jądrowe" . Grześ Chmielewski
zachęca mnie do jazdy , a ja nie mam siły by stać . Zostawiam go sam na sam z
żywiołem , a jego zadowolona gęba dowodzi , że nie tylko ja się dziś dobrze
bawiłem .
Ps. "dzikie świnie" - wiatry przy których każdy żagiel wydaje
się za duży...stary tekst...